poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Rozdział 2.

Diana's POV


         Wsunęłam na nos okulary przeciwsłoneczne i wsiadłam do samochodu. Słoneczny marcowy poranek wyjątkowo mnie dzisiaj drażnił (z resztą jak wszystko po weekendzie). Tęskniłam za typową londyńską pogodą, która idealnie utożsamiałaby się z moim humorem. Pół nocy spędziłam zajmując się identyfikacją wizualną firmy, a dzwoniący rano budzik uświadomił mi, że czeka na mnie dzisiaj starcie ze szczegółami dotyczącymi imprezy integracyjnej. W końcu muszę dbać o tzw. internal relations. Zrezygnowana zaparkowałam pod firmą, po czym szybko udałam się do kawiarni naprzeciwko, by potem skierować się do oszklonego wieżowca, który służył mi za miejsce pracy.
           To nie tak, że nie lubiłam tego, czym się zajmowałam. Marzyłam o tym od lat, tylko będąc specjalistą od PR, pracowałam praktycznie cały czas.
          Byłam już prawie w środku budynku, gdy zobaczyłam coś, co bardzo mnie zaniepokoiło, wręcz mną wstrząsnęło. Kilkanaście metrów dalej, gapiąc się na mnie stał mój były. Wspomnienia zaczęły przebiegać mi przed oczami, przeszły mnie dreszcze. Nie, nie, nie!!! To nie może się znowu zacząć.  To nie może być on. Przecież jest w więzieniu. No tak, w WIEZIENIU. Pokręciłam głową, rozbawiona przez moje niedorzeczne pomysły, co nie zmienia faktu, że nadal szłam patrząc na tego mężczyznę. Chciałam mu się dokładnie przyjrzeć, aby całkowicie uspokoić swoje nerwy. Jednak nie było mi to dane.
          Moje rozmyślania przerwało silne zderzenie z czyimś ciałem. Zachwiałam się, jednak nie upadłam dzięki silnym ramionom owiniętym wokół mnie. Szczerze, to wolałabym, by osobnik, który mnie złapał, uratował kawę.
- Skarbie, nie wiesz, że idąc powinnaś patrzeć przed siebie. - usłyszałam głęboki, zachrypnięty głos. Należał on do wysokiego szatyna stojącego przede mną. Miał niesamowite szmaragdowe oczy i sięgające do ramion kręcone włosy.
 - A może nie powinnaś nosić takich wysokich obcasów? - jego kpiący ton od razu sprawił, iż wiedziałam, że dłuższe przebywanie z nim mogłoby skończyć się tragicznie. Cóż. kocham boks.
- Skarbie, uspokój się trochę, bo ci żyłka pęknie, a za koszulkę zapłacę - odpowiedziałam obrzucając jego poplamioną część garderoby krytycznym spojrzeniem.
- Wątpię, żeby było cię na nią stać.
- Phi, jak będę chciała, to kupię ci ich całą szafę, a teraz zejdź mi z drogi - próbowałam go wyminąć, jednak zastąpił mi przejście.
- Ile chcesz? - zapytałam, wyciągając portfel z torebki.
- Preferuję inną formę zapłaty - na jego twarzy zagościł bezczelny uśmieszek.
- Innej formy zapłaty to możesz sobie szukać pod latarnią - warknęłam.
- Kolacja z kobiety dziwki nie czyni - stwierdził po czym szybko dodał - przyjadę po ciebie o siódmej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz